CAPTAIN JAN CWIKLINSKI was the captain of the MS BATORY, 1945-53 and other ships in the Polish fleet, holder of the Gold Cross of Merit for outstanding service… No Communist or pro-Communist, Cwiklinski tried to coexist with the Polish Communist Government in 50’s for the sake of his wife and two children. However, he gradually became a figurehead on his own ship, with all disciplinary matters handled by secret-police men. In 1953, tipped off by a friend that he was slated for a phony spy trial in relation to his contacts with the British and American passengers. As a result, the captain left his ship, MS BATORY during her stay in London. He asked for political asylum in Britain and it had been granted, immigrated to USA a few years later. In 1955, he wrote authobiografical book “The Captain leaves his ship” telling the world about the Communist regime… Below, is a Polish version of the interview with captain’s son, Janusz Cwiklinski that was done by author of this web site in Oct, 2004. There are also two archival articals in English from the TIME magazine,1953/55…
Kapitan Jan Cwiklinski i kulisy wydarzen z roku 1953
Kpt. JAN CWIKLINSKI (1901-1976)
Kapitan Zeglugi Wielkiej; razem z Karolem Borchardtem, autorem znanej ksiazki "Znaczy Kapitan", byl absolwentem pierwszego rocznika Akademii Morskiej w Tczewie. Dowodca polskich statkow towarowych i pasazerskich, w tym m in. M/S WARSZAWA II (1939) i M/S BATORY (1945-53). Jako dowodca M/S BATORY, z przyczyn politycznych, opuscil statek i poprosil o azyl w Anglii w 1953r. Kilka miesiecy po tym wydarzeniu emigruje do USA, gdzie staje sie wspolzalozycielem emigracyjnego Towarzystwa Zeglugowego i kapitanem jednostki towarowej o nazwie M/S WOLNA POLSKA. Przy pomocy Amerykanina Daniela Hawthorne pisze ksiazke "The Captain leaves his ship" ("Kapitan opuszcza swoj statek") opublikowana w 1956 i bedaca proba wyjasnienia kontrowersyjnej decyzji o pozostaniu na emigracji.
Podobnie jak cala jego rodzina pozostajaca w Polsce, szykanowany przez dlugie lata przez komunistyczny rzad PRL i Sluzbe Bezpieczenstwa.Nigdy nie mial okazji na powrot do Polski. Zmarl na zawal serca, 20 czerwca 1976 w Hiszpanii. Pochowany na cmentarzu w Doleyston, New Jersey, USA (Osrodek ksiezy Paulinow zwany Polska Czestochowa w Ameryce).
ROZMOWA Z SYNEM KAPITANA, JANUSZEM CWIKLINSKIM
Toronto, Kanada - pazdziernik 2004
Nazwisko kpt. Jana Cwiklinskiego jest dobrze znane w srodowisku ludzi morza i nietylko. Niewiele osob jednak zna kulisy wydarzen z 1953 r. kiedy to kpt. Cwiklinski opuscil poklad Batorego i poprosil o azyl polityczny w Anglii. Moje spotkanie z synem kapitana, Januszem Cwiklinskim w Toronto, w pazdzierniku 2004, bylo znakomita okazja do rozmowy o dawnych czasach...
Piotr Grajda: Panie Januszu, w encyklopediach i marynistycznych ksiazkach trudno jest znalezc informacje biograficzne o pana ojcu, jako ze byl on na czarnej liscie wladzy ludowej. Prosze wiec na poczatek przypomniec jakie byly poczatki kariery zawodowej Jana Cwiklinskiego i jak sie to stalo ze zostal on kapitanem flagowej jednostki polskiej floty pasazerskiej jaka byl Batory?
Janusz Cwiklinski: Mysle, ze powinienem zaczac od tego, ze moja rodzina nie miala zadnych tradycji morskich. Ojciec urodzil sie w Horodence, przedwojenne wojewodztwo Stanislawow, (obecnie Ivano-Frankowsk na Ukrainie) ponad 1000 km od morza, zarowno Baltyckiego jak i Czarnego. Praktycznie nie bylo wiec tam niczego co mogloby rozbudzic morskie zainteresowania. Byly natomiast, w tym pierwszym okresie zycia, bardzo rozbudzone u przyszlego kapitana uczucia patriotyczne... Ojciec jako mlody jeszcze niepelnoletni chlopak bral udzial w obronie Lwowa, za co otrzymal potem medal "Obroncom Lwowa".
(...) Ojciec mial dwoch braci Adama, ktory byl lekarzem i Tadeusza ktory byl prawnikiem. Rodzice bardzo chcieli aby ojciec poszedl w slady Tadeusza i podjal studia prawnicze we Lwowie. Tak sie tez stalo, ale ojciec studia przerwal po tym, jak zobaczyl informacje w prasie, ze w Tczewie otwarto Szkole Morska. (...) Byly to czasy kiedy Polska odzyskala niepodleglosc i duzo mowilo sie o dostepie do morza, budowie statkow i szkoleniu kadry oficerskiej dla polskiej floty. Rodzice pogodzili sie z decyzja syna a ich "rodzicielska porazka" co do planow ksztalcenia syna na prawnika zostala znacznie oslodzona, kiedy ojciec przyjechal na pierwsze ferie do domu i dumnie paradowal po rodzinnym miescie w mundurze marynarskim. Byl to niewatpliwie pierwszy marynarz pochodzacy z Horodenki.
Po ukonczeniu Szkoly Morskiej, z powodu wielkiego kryzysu swiatowego nie bylo mozliwosci zatrudnienia na morzu, i ojciec do konca kryzysu plywal dorywczo, m.in. na "pilotowkach". Wkrotce jednak nadeszly lepsze lata i zaczal sie szybki rozwoj polskiej floty, a co za tym idzie szanse na lepsza prace i awans w hierarchii marynarskiej. Ojciec zaczal awansowac i stal sie kapitanem duzych jednostek. Wiem od ludzi, ktorzy pracowali z nim, ze mial bardzo duza charyzme a jednoczesnie wzbudzal sympatie i szacunek u podwladnych. Byl lubiany. Mowiono mi nawet ze nalezal do najlepszych kapitanow w polskiej flocie handlowej i w Gdynia America Line.
W 1939, wyslano ojca do Holandii, gdzie mial nadzorowac wykonczeniowe prace, a potem objac dowodctwo budowanego dla Polski statku towarowo-pasazerskiego M/S WARSZAWA II. Wybuch Drugiej Wojny Swiatowej pokrzyzowal te plany. Cala polska flota bedaca poza granicami kraju przeszla pod dowodctwo wojskowe Anglikow. Polskie zalogi i oficerowie zaczeli plywac w transportach wojskowych...
Bedac w Holandii, ojciec poznal moja matke Slawe. Byla ona urzedniczka w polskim konsulacie. Wyksztalcona, znajaca piec jezykow podobala sie ojcu bardzo W 1942 wzieli slub, a rok pozniej urodzilem sie ja. Do wyzwolenia pozostawalismy w Holandii. Ale juz w pierwszym dniu po wyzwoleniu, ojciec poprzez Belgie dostal sie do Londynu, i po zameldowaniu sie w Polskim Przedstawicielstwie Zeglugi, otrzymal dowodztwo statku plywajacego na Bliski Wschod. Po kilku rejsach zostal kapitanem M/S BATORY.
Statek ten, jak wiadomo chocby z twojej strony internetowej, podczas wojny pelnil sluzbe jako transportowiec wojskowy.
Po wojnie nalezalo dokonac koniecznej przebudowy i remontu. Dokonywano tego w Belgii, w Antwerpii. Byl to rok 1946. Musze tutaj wspomniec ze razem z ojcem i mama mieszkalismy wowczas na Batorym. Kabina kapitanska nie byla jeszcze gotowa, ale zajmowalismy inna kabine. Remont trwal. I wlasnie podczas tego wciaz trwajacego remontu wybuch znany pozar Batorego, ktory dotkliwie zniszczyl duza czesc statku. Mialem wowczas 3 lata, ale wciaz pamietam slupy ognia buchajace z obu kominow. Zarowno mnie jak i mame uratowano wyciagajac nas przez bulaj. Do dzis nie wiadomo jaka byla dokladnie przyczyna tego pozaru, ale mozliwosc sabotazu wydaje sie byc bardzo realna. Wypadek ten opoznil o kilka miesiecy rozpoczecie przez Batorego regularnych rejsow przez Atlantyk, aczkolwiek tak jak bylo planowane, kapitanem w tych rejsach zostal moj ojciec na nastepnych kilka lat.
Do Polski wrocilismy w 1948 roku, jesienia. Powodem opoznienia powrotu do powojennej Polski byl brak mieszkania w Gdyni... W 1936 roku ojciec dostal przydzial parceli w Gdyni, na lesnym terenie znanym obecnie jako dzielnica Dzialki Lesne. Zbudowal tam dom. Byl to nieduzy, pietrowy dwurodzinny budynek. Po wojnie, dom ten zostal caly zasiedlony przez wiele rodzin. Nie bylo tam dla nas miejsca. Wladze miejskie oferowaly w zamian mieszkanie przy ulicy Swietojanskiej, ale ojciec odmowil, motywujac to tym, ze chce mieszkac we wlasnym domu. Ten zas, jak i inne prywatne domy zostal przymusowo wcielony do Zrzeszenia Wlascicieli Nieruchomosci i mieszkania byly w gestii Wydzialu Lokalowego, a nie wlascicieli. Dopiero w 1948 roku oprozniono pietro dla ojca i jego rodziny. Ale na parterze wciaz mieszkaly wowczas cztery inne rodziny (12 osob na 80 m2) . Sprawa ta byla glosna w prasie Wybrzeza, szczegolnie w Dzienniku Baltyckim, gdzie ukazal sie miedzy innymi artykul pt. "Kapitan Cwiklinski nie ma mieszkania". Trzeba tu wspomniec, ze po powrocie do Polski mialem wreszcie okazje poznac moja siostre Janine (corke ojca z pierwszego malzenstwa, ktorej matka zmarla w pierwszym roku okupacji). Cieszylismy sie bardzo z tego polaczenie rodziny.
P. G.: Wyglada na to ze kpt. Cwiklinski cieszyl sie duzym poparciem wsrod owczesnych wladz GAL-u oraz Polski i ze zycie panstwa rodziny bylo stabilne i dostatnie w tamtych latach...
J. C.: Tak, ojciec jako kapitan cieszyl sie sympatia wladz i to zarowno w przedwojennej jak i zaraz powojennej Polsce. Mysle , ze wynikalo to glownie z duzego profesjonalizmu i charyzmy jaka posiadal. Byl czesto nagradzany wysokimi odznaczeniami panstwowymi, m.in. dwukrotnie Zlotym Krzyzem Polonia Restituta. Nalezy tu jednak podkreslic ze nigdy nie nalezal on do partii. Zdarzalo sie nawet, ze w galowym mundurze bywal na niedzielnych mszach w kosciele, co w tamtych czasach nie bylo mile widziane, a jednak w przypadku ojca tolerowane przez jego zwierzchnikow.
P.G.: Co zatem spowodowalo, ze ten dobry kontakt z owczesna wladza zalamal sie i kpt. Cwiklinski podjal dramatyczna decyzje o azylu politycznym i pozostaniu w Anglii?
J. C.: Wydarzylo sie to w 1953r. podczas powrotnego rejsu Batorego z Indii, kiedy statek mial postoj w Anglii. Wciaz nie znam do konca calej historii, ale wiem ze bezposrednia przyczyna proszenia o azyl polityczny byla rozmowa mojego ojca z czlowiekiem pelniacym funkcje lekarza okretowego. Przyznal sie on ojcu, ze jest agentem Sluzby Bezpieczenstwa i ze regularnie donosi na niego. W poczuciu winy i zalamany powiedzial on ojcu ze Sluzba Bezpieczenstwa z bardzo waznych powodow ma rozkaz aresztowania go zaraz po powrocie do Gdynii. Nie wiem z jakiego dokladnie powodu chciano ojca aresztowac. Powod ten musial byc pewnie znany ojcu i niebezpieczenstwo aresztowania realne. Podobno ojciec odmowil przemycenia na Batorym malzenstwa Rosenbergow, ktorzy bedac sowieckimi szpiegami wykradli od Amerykanow tajemnice konstrukcji bomby atomowej i ostatecznie zostali straceni na krzesle elektrycznym w USA. Teoria ta nie jest jednak potwierdzona.
(...) Mowiac o tym trzeba pamietac, ze lata '50 to wszechwladny terror stalinowski, zimna wojna miedzy Wschodem a Zachodem i obecne wszedzie polityczne donosicielstwo. Kazdy, nawet blahy powod prowadzil ludzi do fikcyjnych procesow sadowych, wiezien i zagadkowych znikniec, niejednokrotnie smierci. Batory jako statek komunistycznego bloku wschodniego, byl wowczas pod propagandowym obstrzalem. Stany Zjednoczone odmowily w tym czasie przyjmowania go w Nowym Jorku pod pretekstem "szpiegowskich powiazan". Doszlo nawet kiedys do "aresztowania" Batorego w Nowym Jorku przez FBI. Podczas tego epizodu, ojciec zmylil straze portowe i bez asysty holownikow i pilota, w nocy opuscil Nowy Jork. Bylo to glosne wydarzenie. Po powrocie do Polski, wlasnie za ten wyczyn otrzymal jeden z orderow Polonia Restituta. (...)
Ojciec, tak jak i inni kapitanowie Batorego w tym czasie, po zakonczeniu kazdego rejsu, nie mogl swobodnie zejsc na lad. Zawsze, po zawinieciu do Gdyni zabierany byl przez czarna limuzyne do biura Sluzby Bezpieczenstwa na kilku godzinna rozmowe o zakonczonym rejsie. Dopiero po tej rozmowie mogl wrocic do domu. Nie brakowalo takze w tych czasach elementow tzw. czarnego humoru. Pod koniec lat 40-tych w Sopocie, w areszcie domowym przebywal marszalek Rola-Zymierski. Z niewiadomych powodow upodobal sobie Batorego i mojego ojca i wymykajac sie obstawie skladal ojcu niezapowiedziane, aczkolwiek klopotliwe wizyty. Ojciec odnosil wrazenie, ze nie byl to czlowiek o calkowicie zrownowazonej psychice. Pewnego razu, po wizycie marszalka, ojciec odkryl pod poduszka kanapy pozostawiony przez niego rewolwer... zart, prowokacja - licho wie! Byly to bardzo trudne lata, pelne emocjonalnych napiec i stresow.
P. G.: Slyszalem ze po tym jak kpt. Cwiklinski pozostal w Anglii, jego rodzina w Polsce zaznala wielu przykrosci...
J. C.: Tak, byly przykrosci i to przez wiele lat praktycznie do lat '80 czyli czasow Solidarnosci. Po pierwsze wyeksmitowano nas z naszego domu na "Dzialkach Lesnych", o ktorym juz wspominalem. Kazano nam wyprowadzic sie do Leska, w Bieszczady. Nie mielismy tam nikogo. Bylo to zupelne pustkowie. Matka, ktora po "wydarzeniach na Batorym, w Anglii" natychmiast wyrzucono z przedsiebiorstwa "Dalmor" wyblagala jednak, aby zezwolono nam wyprowadzic sie do Krakowa. Potem, po roku czasu pozwolono nam przeniesc sie do Bytomia, gdzie mielismy troche rodziny - bylo razniej. Mimo "wilczego biletu" udalo sie mamie rozpoczac prace w biurze na kopalni.
W 1956r., po smierci Stalina i dojsciu do wladzy Gomulki nastapil przelom. W gazetach pisano o politycznych bledach i wypaczeniach. Mama dostala wowczas list od Rady Robotniczej z "Dalmoru" z propozycja powrotu do pracy w Gdyni. Nie mielismy jednak mieszkania.
Po naszej eksmisji w 1953, w rodzinnym domu na Dzialkach Lesnych zamieszkal szef Urzedu Bezpieczenstwa w Gdyni. Mieszkal tam do czasu rozwiazania tej kryminalnej instytucji i przeksztalconia jej w Sluzbe Bezpieczenstwa. Nastepnie zamieszkal tam przewodniczacy Miejskiej Rady Narodowej, Konstanty Rek.
Nasz dom byl wiec zajety. Gdy upomnielismy sie o jego zwrot, ku naszemu zdziwieniu, nie stwarzano wiekszych problemow. Dano nam do wyboru zamieszkanie w dawnym domu lub w bardzo duzym, nowoczesnym mieszkaniu przy ulicy Wladyslawa IV, ktore bylo wlasnie konczone z mysla o wspomnianym przewodniczacym Miejskiej Rady Narodowej. Zdecydowalismy sie oczywiscie na dom i w 1957 wrocilismy do Gdyni. Nalezy podkreslic, ze bylo to mozliwe glownie ze wzgledu na bardzo ludzka, pelna zrozumienia postawe Konstantego Reka (co bylo na swoj sposob bardzo nienormalne w tamtych czasach).
P. G.: Zatem z koncem lat '50 wszystko zaczelo znowu ukladac sie pomyslnie...
J. C.: Bylo tak tylko pozornie. Wciaz bylismy pod obserwacja Sluzby Bezpieczenstwa, ktora np. zatrudniala taksowkarzy do obserwacji domu i skladania donosow. Wladze interesowalo z kim utrzymujemy kontakty, kto nas odwiedza. Calej rodzinie odmawiano paszportow; nawet na wyjazdy do krajow Demokracji Ludowej. Wyjazd z Polski i ewentualne spotkanie z ojcem bylo absolutnie niemozliwe. Otrzymywalismy od niego jedynie listy pisane pod fikcyjnym nazwiskiem Jan Nalecz. Ale listy te byly otwierane na poczcie i cenzurowane mimo wszystko.
Moja edukacja tez nie przebiegala gladko. Wciaz dawano mi znac o tym ze ojciec moj to wrog ustroju, a ja musze poniesc tego konsekwencje. Dyrekcja II Liceum w Gdyni nie stwarzala mi zadnych przeszkod, wrecz przeciwnie, zostalem przyjety bez egzaminu. Ale np. gdy szkola wytypowala mnie na miedzynarodowy oboz w Polsce, wladze zwierzchnie nakazaly szkole zmiane kandydata. Szkola odpowiedziala odmownie i nie pojechal nikt. Niemozliwe bylo takze zapisanie sie do jakiegokolwiek klubu zeglarskiego. Ograniczano mi kontakt z ludzmi, a od morza i marynarki mialem trzymac sie z dala. Wyjatkowym momentem bylo zabronienie mi podjecia nauki w Wyzszej Szkole Morskiej w Gdynii. Nie pomogly bardzo dobre oceny ze szkoly sredniej, rozmowy z rektorem, a nawet poruszenie roznych, wydawaloby sie wplywowych znajomych jak np. owczesny v-ice Minister Zeglugii.
Ze wzgledu na taka wlasnie sytuacje musialem zdecydowac sie na inne studia: Politechnike Gdanska; Wydzial Elektroniczny. Ale "wladza" stwarzala mi trudnosci i probowala ingerowac w moje studenckie zycie takze i tam. Na szczescie moja Uczelnia z rektorem profesorem Kopeckim na czele starala sie utrzymac autonomie i nie poddawala sie naciskowi partyjnych zwierzchnikow. Aczkolwiek, gdy po kilku latach, juz jako inzynier elektronik, probowalem dostac stanowisko oficerskie elektryka na ktoryms z polskich statkow "Dalmoru" bylo to absolutnie niemozliwe ze wzgledu na "rodzinne powiazania". Rowniez odmowiono mi zatrudnienia w Wyzszej Szkole Morskiej, motywujac to tym, ze ze wzgledu na owe "rodzinne powiazania" nigdy nie dostane zgody na, chocby, opuszczenie basenu portowego na zadnej jednostce plywajacej. Tak jak juz wspomnialem, decyzja wszechwladnej wladzy, mialem trzymac sie z od marynarki z dala i bylo to nieodwracalne.
P. G.: Czy po tych trudnych wydarzeniach lat '50, mial Pan kiedykolwiek okazje na spotkanie z ojcem?
J. C.: O wyjazd z kraju i ewentualne spotkanie z ojcem staralismy sie od 1957 zarowno mama jak i ja.. Wciaz odmawiano nam paszportow. Na wyjazd nie bylo szansy. Az wreszcie po 20 latach tych staran, w 1974 podczas choroby gdynskiego szefa SB, jeden z pracownikow jego biura, znajac moja historie od wspolnego kolegi, calkiem bezinteresownie, pomogl mi uzyskac paszport. Mam z tym czlowiekiem kontakt do dzisiaj i jestesmy w przyjazni. Dzieki temu upragnionemu paszportowi moglem wyjechac do Malagi w Hiszpanii i tam wlasnie spotkalem sie z ojcem po raz pierwszy i ostatni jako ze dwa lata pozniej umarl.
P. G.: Co dzialo sie z kpt. Cwiklinskim przez te wszystkie lata od czasu jak opuscil poklad Batorego i ostatecznie znalazl sie w Maladze?
J. C.: Ojciec mowil mi ze zszedl z Batorego tylko z neseserem i 50 funtami w kieszeni. Nie chcial i nie mogl wzbudzac podejrzen. W Anglii pozostal okolo 6 miesiecy. Tamtejsza Polska Emigracja przyjela go z mieszanymi uczuciami. Wielu mialo zal do niego ze po wojnie wrocil do komunistycznej Polski, a tym samym wspieral sowiecka okupacje. A przeciez decyzja powrotu do kraju byla w duzej mierze oparta na pragnieniu polaczenia rodziny... W Polsce zyla moja siostra, której ojciec nie widzial od 1939 roku. Mozna powiedziec ze w pewnym sensie byla ona zakladnikiem komunistow.
(...) Nie mogac znalezc zrozumienia w emigracyjnym, polskim srodowisku w Anglli, a takze doswiadczajac problemow ze znalezieniem pracy, ojciec zdecydowal sie na wyjazd do USA.
Spotkal sie tam z bardzo dobrym przyjeciem. Poprzez naglosnienie wydarzen z Anglii, jego nazwisko bylo dobrze znane i stalo sie pewnego rodzaju symbolem walki z komunistycznym rzadem w Polsce. Amerykanscy biznesmenii polskiego pochodzenie zaproponowali ojcu wziecie udzialu w stworzenie emigracyjnego Towarzystwa Zeglugowego. Okolo roku 1954, zakupiono amerykanski statek transportowy typu "Liberty" i nazwano go WOLNA POLSKA. Byla to pierwsza jednostka Towarzystwa Zeglugowego. Myslano o zakupie kolejnych statkow i nadaniu im takich nazw jak WOLNE WEGRY, WOLNA EUROPA itd. Mialo to niezwykly w tamtych latach wydzwiek polityczny; opozycyjno - niepodleglosciowy do tego wszystkiego co dzialo sie w kraju i "zamkniecia" Polski na swiat (Zimna Wojna).
Ojciec zostal kapitanem WOLNEJ POLSKI i juz od samego poczatku rozpoczal bardzo udane rejsy handlowe po calym swiecie. Bylo to duzym sukcesem, bo w okresie tym panowal pewien zastoj i stagnacja ekonomiczna na swiecie. WOLNA POLSKA nie narzekala jednak na brak przewozowych kontraktow, a pojawianie sie w roznych portach statku o tak wymownej nazwie wzbudzalo zawsze zainteresowanie. Ojciec poznal w tym czasie wiele znanych osobistosci ktore udzielaly jemu poparcia w krzewieniu ideii walki o prawdziwie niepodlegla Polske. Przykladem takich postaci moze byc general Wladyslaw Anders mieszkajacy wowczas na emigracji w Londynie lub papiez Pawel VI, ktory w 1956 odznaczyl ojca Krzyzem Maltanskim.
Niestety, polityczna otoczka wokol Towarzystwa Zeglugowego, postaci ojca jako uchodzcy i samego statku WOLNA POLSKA zaczela nabierac, w pewnym momencie, bardzo manipulacyjnego i propagandowo niezdrowego charakteru. Ojciec zdecydowal ze nie sluzy to dobrze krajowi i nie chcial aby jego nazwisko wykorzystywano do politycznych rozgrywek. Dzialo sie to wszystko w momencie kiedy nastapila w Polsce "odwilz" i ster rzadow przejal Wladyslaw Gomolka. Miliony Polakow jak i czesc emigracji, w tym moj ojciec, uwierzyli w piekne deklaracje powrotu Polski do normalnosci. W zwiazku z powyzszym, na zebraniu akcjonariuszy Towarzystwa Zeglugowego w 1957, ojciec zakomunikowal, ze wycofuje sie ze wspolpracy. Towarzystwo Zeglugowe zostalo rozwiazane.
Decyzja o odejsciu z Towarzystwa Zeglugowego byla dla ojca nielatwa poniewaz praktycznie wiazala sie z utrata kontaktu z morzem, ktore tak kochal. Mial 56 lat i musial znalezc dla siebie nowe zajecie. Z Chicago, przeprowadzil sie do Nowego Jorku i kupil mieszkanie przy Central Parku. Wypelnilo sie ono morskimi i polskimi pamiatkami. Byla to prawdziwa oaza polskosci - wiem, ze na scianie w jego pokoju wisiala bialo-czerwona, polska bandera z orlem w koronie pochodzaca z WOLNEJ POLSKI. Na morze ojciec juz nigdy nie wrocil W okresie letnim zaczal pracowac w lodziarni, ktora kupil w New Jersey, a w miesiacach zimowych wracal do Nowego Jorku.
Jego nadzieja na znormalizowanie sytuacji w Polsce po tym jak Gomulka przejal wladze stala sie naiwna mrzonka. Spowodowalo to, ze juz do samej smierci byl krancowo nieufny do wladzy komunistycznej. Wiele razy kiedy po kolejnych staraniach o paszport rozmawialem z urzednikami SB slyszalem slowa "Chcialby pan zobaczyc sie z tatusiem? Tak? To niech tatus przyjedzie do Polski. Nie zrobimy mu krzywdy". Z tej laskawej oferty oczywiscie nigdy nie skorzystal.
Gdy ojciec przeszedl na emeryture i reumatyczne problemy zaczely coraz bardziej dawac o sobie znac, zaczal wyjezdzac kazdego roku do slonecznej Hiszpanii, gdzie w Maladze mial mieszkanie. Mogl sie on tam zawsze troche podkurowac. I wlasnie w Maladze, gdzie ojciec przyjechal na wakacje mialem jedyna szanse aby spotkac sie z nim.
Dwa lata pozniej, w Maladze, ojciec umarl majac 75 lat. Hiszpanski lekarz opiekujacy sie nim byl zaskoczony ze w ostatnich godzinach zycia jego pacjent wciaz mowil z uporem o jakims statku o nazwie BATORY...
P. G.: Panie Januszu, wyrazajac zal ze cala pana rodzina, a zwlaszcza kpt. Cwiklinski musial przejsc w zyciu przez tyle trudnych sytuacji i zawodow dziekuje serdzecznie za podzielenie sie tymi bardzo osobistymi wspomnieniami.
J. C.: Dziekuje takze i ja za rozmowe. To milo zagoscic na twojej stronie internetowej o polskich transatlantykach.
Toronto, Kanada pazdziernik 2004
Kapitan Zeglugi Wielkiej; razem z Karolem Borchardtem, autorem znanej ksiazki "Znaczy Kapitan", byl absolwentem pierwszego rocznika Akademii Morskiej w Tczewie. Dowodca polskich statkow towarowych i pasazerskich, w tym m in. M/S WARSZAWA II (1939) i M/S BATORY (1945-53). Jako dowodca M/S BATORY, z przyczyn politycznych, opuscil statek i poprosil o azyl w Anglii w 1953r. Kilka miesiecy po tym wydarzeniu emigruje do USA, gdzie staje sie wspolzalozycielem emigracyjnego Towarzystwa Zeglugowego i kapitanem jednostki towarowej o nazwie M/S WOLNA POLSKA. Przy pomocy Amerykanina Daniela Hawthorne pisze ksiazke "The Captain leaves his ship" ("Kapitan opuszcza swoj statek") opublikowana w 1956 i bedaca proba wyjasnienia kontrowersyjnej decyzji o pozostaniu na emigracji.
Podobnie jak cala jego rodzina pozostajaca w Polsce, szykanowany przez dlugie lata przez komunistyczny rzad PRL i Sluzbe Bezpieczenstwa.Nigdy nie mial okazji na powrot do Polski. Zmarl na zawal serca, 20 czerwca 1976 w Hiszpanii. Pochowany na cmentarzu w Doleyston, New Jersey, USA (Osrodek ksiezy Paulinow zwany Polska Czestochowa w Ameryce).
ROZMOWA Z SYNEM KAPITANA, JANUSZEM CWIKLINSKIM
Toronto, Kanada - pazdziernik 2004
Nazwisko kpt. Jana Cwiklinskiego jest dobrze znane w srodowisku ludzi morza i nietylko. Niewiele osob jednak zna kulisy wydarzen z 1953 r. kiedy to kpt. Cwiklinski opuscil poklad Batorego i poprosil o azyl polityczny w Anglii. Moje spotkanie z synem kapitana, Januszem Cwiklinskim w Toronto, w pazdzierniku 2004, bylo znakomita okazja do rozmowy o dawnych czasach...
Piotr Grajda: Panie Januszu, w encyklopediach i marynistycznych ksiazkach trudno jest znalezc informacje biograficzne o pana ojcu, jako ze byl on na czarnej liscie wladzy ludowej. Prosze wiec na poczatek przypomniec jakie byly poczatki kariery zawodowej Jana Cwiklinskiego i jak sie to stalo ze zostal on kapitanem flagowej jednostki polskiej floty pasazerskiej jaka byl Batory?
Janusz Cwiklinski: Mysle, ze powinienem zaczac od tego, ze moja rodzina nie miala zadnych tradycji morskich. Ojciec urodzil sie w Horodence, przedwojenne wojewodztwo Stanislawow, (obecnie Ivano-Frankowsk na Ukrainie) ponad 1000 km od morza, zarowno Baltyckiego jak i Czarnego. Praktycznie nie bylo wiec tam niczego co mogloby rozbudzic morskie zainteresowania. Byly natomiast, w tym pierwszym okresie zycia, bardzo rozbudzone u przyszlego kapitana uczucia patriotyczne... Ojciec jako mlody jeszcze niepelnoletni chlopak bral udzial w obronie Lwowa, za co otrzymal potem medal "Obroncom Lwowa".
(...) Ojciec mial dwoch braci Adama, ktory byl lekarzem i Tadeusza ktory byl prawnikiem. Rodzice bardzo chcieli aby ojciec poszedl w slady Tadeusza i podjal studia prawnicze we Lwowie. Tak sie tez stalo, ale ojciec studia przerwal po tym, jak zobaczyl informacje w prasie, ze w Tczewie otwarto Szkole Morska. (...) Byly to czasy kiedy Polska odzyskala niepodleglosc i duzo mowilo sie o dostepie do morza, budowie statkow i szkoleniu kadry oficerskiej dla polskiej floty. Rodzice pogodzili sie z decyzja syna a ich "rodzicielska porazka" co do planow ksztalcenia syna na prawnika zostala znacznie oslodzona, kiedy ojciec przyjechal na pierwsze ferie do domu i dumnie paradowal po rodzinnym miescie w mundurze marynarskim. Byl to niewatpliwie pierwszy marynarz pochodzacy z Horodenki.
Po ukonczeniu Szkoly Morskiej, z powodu wielkiego kryzysu swiatowego nie bylo mozliwosci zatrudnienia na morzu, i ojciec do konca kryzysu plywal dorywczo, m.in. na "pilotowkach". Wkrotce jednak nadeszly lepsze lata i zaczal sie szybki rozwoj polskiej floty, a co za tym idzie szanse na lepsza prace i awans w hierarchii marynarskiej. Ojciec zaczal awansowac i stal sie kapitanem duzych jednostek. Wiem od ludzi, ktorzy pracowali z nim, ze mial bardzo duza charyzme a jednoczesnie wzbudzal sympatie i szacunek u podwladnych. Byl lubiany. Mowiono mi nawet ze nalezal do najlepszych kapitanow w polskiej flocie handlowej i w Gdynia America Line.
W 1939, wyslano ojca do Holandii, gdzie mial nadzorowac wykonczeniowe prace, a potem objac dowodctwo budowanego dla Polski statku towarowo-pasazerskiego M/S WARSZAWA II. Wybuch Drugiej Wojny Swiatowej pokrzyzowal te plany. Cala polska flota bedaca poza granicami kraju przeszla pod dowodctwo wojskowe Anglikow. Polskie zalogi i oficerowie zaczeli plywac w transportach wojskowych...
Bedac w Holandii, ojciec poznal moja matke Slawe. Byla ona urzedniczka w polskim konsulacie. Wyksztalcona, znajaca piec jezykow podobala sie ojcu bardzo W 1942 wzieli slub, a rok pozniej urodzilem sie ja. Do wyzwolenia pozostawalismy w Holandii. Ale juz w pierwszym dniu po wyzwoleniu, ojciec poprzez Belgie dostal sie do Londynu, i po zameldowaniu sie w Polskim Przedstawicielstwie Zeglugi, otrzymal dowodztwo statku plywajacego na Bliski Wschod. Po kilku rejsach zostal kapitanem M/S BATORY.
Statek ten, jak wiadomo chocby z twojej strony internetowej, podczas wojny pelnil sluzbe jako transportowiec wojskowy.
Po wojnie nalezalo dokonac koniecznej przebudowy i remontu. Dokonywano tego w Belgii, w Antwerpii. Byl to rok 1946. Musze tutaj wspomniec ze razem z ojcem i mama mieszkalismy wowczas na Batorym. Kabina kapitanska nie byla jeszcze gotowa, ale zajmowalismy inna kabine. Remont trwal. I wlasnie podczas tego wciaz trwajacego remontu wybuch znany pozar Batorego, ktory dotkliwie zniszczyl duza czesc statku. Mialem wowczas 3 lata, ale wciaz pamietam slupy ognia buchajace z obu kominow. Zarowno mnie jak i mame uratowano wyciagajac nas przez bulaj. Do dzis nie wiadomo jaka byla dokladnie przyczyna tego pozaru, ale mozliwosc sabotazu wydaje sie byc bardzo realna. Wypadek ten opoznil o kilka miesiecy rozpoczecie przez Batorego regularnych rejsow przez Atlantyk, aczkolwiek tak jak bylo planowane, kapitanem w tych rejsach zostal moj ojciec na nastepnych kilka lat.
Do Polski wrocilismy w 1948 roku, jesienia. Powodem opoznienia powrotu do powojennej Polski byl brak mieszkania w Gdyni... W 1936 roku ojciec dostal przydzial parceli w Gdyni, na lesnym terenie znanym obecnie jako dzielnica Dzialki Lesne. Zbudowal tam dom. Byl to nieduzy, pietrowy dwurodzinny budynek. Po wojnie, dom ten zostal caly zasiedlony przez wiele rodzin. Nie bylo tam dla nas miejsca. Wladze miejskie oferowaly w zamian mieszkanie przy ulicy Swietojanskiej, ale ojciec odmowil, motywujac to tym, ze chce mieszkac we wlasnym domu. Ten zas, jak i inne prywatne domy zostal przymusowo wcielony do Zrzeszenia Wlascicieli Nieruchomosci i mieszkania byly w gestii Wydzialu Lokalowego, a nie wlascicieli. Dopiero w 1948 roku oprozniono pietro dla ojca i jego rodziny. Ale na parterze wciaz mieszkaly wowczas cztery inne rodziny (12 osob na 80 m2) . Sprawa ta byla glosna w prasie Wybrzeza, szczegolnie w Dzienniku Baltyckim, gdzie ukazal sie miedzy innymi artykul pt. "Kapitan Cwiklinski nie ma mieszkania". Trzeba tu wspomniec, ze po powrocie do Polski mialem wreszcie okazje poznac moja siostre Janine (corke ojca z pierwszego malzenstwa, ktorej matka zmarla w pierwszym roku okupacji). Cieszylismy sie bardzo z tego polaczenie rodziny.
P. G.: Wyglada na to ze kpt. Cwiklinski cieszyl sie duzym poparciem wsrod owczesnych wladz GAL-u oraz Polski i ze zycie panstwa rodziny bylo stabilne i dostatnie w tamtych latach...
J. C.: Tak, ojciec jako kapitan cieszyl sie sympatia wladz i to zarowno w przedwojennej jak i zaraz powojennej Polsce. Mysle , ze wynikalo to glownie z duzego profesjonalizmu i charyzmy jaka posiadal. Byl czesto nagradzany wysokimi odznaczeniami panstwowymi, m.in. dwukrotnie Zlotym Krzyzem Polonia Restituta. Nalezy tu jednak podkreslic ze nigdy nie nalezal on do partii. Zdarzalo sie nawet, ze w galowym mundurze bywal na niedzielnych mszach w kosciele, co w tamtych czasach nie bylo mile widziane, a jednak w przypadku ojca tolerowane przez jego zwierzchnikow.
P.G.: Co zatem spowodowalo, ze ten dobry kontakt z owczesna wladza zalamal sie i kpt. Cwiklinski podjal dramatyczna decyzje o azylu politycznym i pozostaniu w Anglii?
J. C.: Wydarzylo sie to w 1953r. podczas powrotnego rejsu Batorego z Indii, kiedy statek mial postoj w Anglii. Wciaz nie znam do konca calej historii, ale wiem ze bezposrednia przyczyna proszenia o azyl polityczny byla rozmowa mojego ojca z czlowiekiem pelniacym funkcje lekarza okretowego. Przyznal sie on ojcu, ze jest agentem Sluzby Bezpieczenstwa i ze regularnie donosi na niego. W poczuciu winy i zalamany powiedzial on ojcu ze Sluzba Bezpieczenstwa z bardzo waznych powodow ma rozkaz aresztowania go zaraz po powrocie do Gdynii. Nie wiem z jakiego dokladnie powodu chciano ojca aresztowac. Powod ten musial byc pewnie znany ojcu i niebezpieczenstwo aresztowania realne. Podobno ojciec odmowil przemycenia na Batorym malzenstwa Rosenbergow, ktorzy bedac sowieckimi szpiegami wykradli od Amerykanow tajemnice konstrukcji bomby atomowej i ostatecznie zostali straceni na krzesle elektrycznym w USA. Teoria ta nie jest jednak potwierdzona.
(...) Mowiac o tym trzeba pamietac, ze lata '50 to wszechwladny terror stalinowski, zimna wojna miedzy Wschodem a Zachodem i obecne wszedzie polityczne donosicielstwo. Kazdy, nawet blahy powod prowadzil ludzi do fikcyjnych procesow sadowych, wiezien i zagadkowych znikniec, niejednokrotnie smierci. Batory jako statek komunistycznego bloku wschodniego, byl wowczas pod propagandowym obstrzalem. Stany Zjednoczone odmowily w tym czasie przyjmowania go w Nowym Jorku pod pretekstem "szpiegowskich powiazan". Doszlo nawet kiedys do "aresztowania" Batorego w Nowym Jorku przez FBI. Podczas tego epizodu, ojciec zmylil straze portowe i bez asysty holownikow i pilota, w nocy opuscil Nowy Jork. Bylo to glosne wydarzenie. Po powrocie do Polski, wlasnie za ten wyczyn otrzymal jeden z orderow Polonia Restituta. (...)
Ojciec, tak jak i inni kapitanowie Batorego w tym czasie, po zakonczeniu kazdego rejsu, nie mogl swobodnie zejsc na lad. Zawsze, po zawinieciu do Gdyni zabierany byl przez czarna limuzyne do biura Sluzby Bezpieczenstwa na kilku godzinna rozmowe o zakonczonym rejsie. Dopiero po tej rozmowie mogl wrocic do domu. Nie brakowalo takze w tych czasach elementow tzw. czarnego humoru. Pod koniec lat 40-tych w Sopocie, w areszcie domowym przebywal marszalek Rola-Zymierski. Z niewiadomych powodow upodobal sobie Batorego i mojego ojca i wymykajac sie obstawie skladal ojcu niezapowiedziane, aczkolwiek klopotliwe wizyty. Ojciec odnosil wrazenie, ze nie byl to czlowiek o calkowicie zrownowazonej psychice. Pewnego razu, po wizycie marszalka, ojciec odkryl pod poduszka kanapy pozostawiony przez niego rewolwer... zart, prowokacja - licho wie! Byly to bardzo trudne lata, pelne emocjonalnych napiec i stresow.
P. G.: Slyszalem ze po tym jak kpt. Cwiklinski pozostal w Anglii, jego rodzina w Polsce zaznala wielu przykrosci...
J. C.: Tak, byly przykrosci i to przez wiele lat praktycznie do lat '80 czyli czasow Solidarnosci. Po pierwsze wyeksmitowano nas z naszego domu na "Dzialkach Lesnych", o ktorym juz wspominalem. Kazano nam wyprowadzic sie do Leska, w Bieszczady. Nie mielismy tam nikogo. Bylo to zupelne pustkowie. Matka, ktora po "wydarzeniach na Batorym, w Anglii" natychmiast wyrzucono z przedsiebiorstwa "Dalmor" wyblagala jednak, aby zezwolono nam wyprowadzic sie do Krakowa. Potem, po roku czasu pozwolono nam przeniesc sie do Bytomia, gdzie mielismy troche rodziny - bylo razniej. Mimo "wilczego biletu" udalo sie mamie rozpoczac prace w biurze na kopalni.
W 1956r., po smierci Stalina i dojsciu do wladzy Gomulki nastapil przelom. W gazetach pisano o politycznych bledach i wypaczeniach. Mama dostala wowczas list od Rady Robotniczej z "Dalmoru" z propozycja powrotu do pracy w Gdyni. Nie mielismy jednak mieszkania.
Po naszej eksmisji w 1953, w rodzinnym domu na Dzialkach Lesnych zamieszkal szef Urzedu Bezpieczenstwa w Gdyni. Mieszkal tam do czasu rozwiazania tej kryminalnej instytucji i przeksztalconia jej w Sluzbe Bezpieczenstwa. Nastepnie zamieszkal tam przewodniczacy Miejskiej Rady Narodowej, Konstanty Rek.
Nasz dom byl wiec zajety. Gdy upomnielismy sie o jego zwrot, ku naszemu zdziwieniu, nie stwarzano wiekszych problemow. Dano nam do wyboru zamieszkanie w dawnym domu lub w bardzo duzym, nowoczesnym mieszkaniu przy ulicy Wladyslawa IV, ktore bylo wlasnie konczone z mysla o wspomnianym przewodniczacym Miejskiej Rady Narodowej. Zdecydowalismy sie oczywiscie na dom i w 1957 wrocilismy do Gdyni. Nalezy podkreslic, ze bylo to mozliwe glownie ze wzgledu na bardzo ludzka, pelna zrozumienia postawe Konstantego Reka (co bylo na swoj sposob bardzo nienormalne w tamtych czasach).
P. G.: Zatem z koncem lat '50 wszystko zaczelo znowu ukladac sie pomyslnie...
J. C.: Bylo tak tylko pozornie. Wciaz bylismy pod obserwacja Sluzby Bezpieczenstwa, ktora np. zatrudniala taksowkarzy do obserwacji domu i skladania donosow. Wladze interesowalo z kim utrzymujemy kontakty, kto nas odwiedza. Calej rodzinie odmawiano paszportow; nawet na wyjazdy do krajow Demokracji Ludowej. Wyjazd z Polski i ewentualne spotkanie z ojcem bylo absolutnie niemozliwe. Otrzymywalismy od niego jedynie listy pisane pod fikcyjnym nazwiskiem Jan Nalecz. Ale listy te byly otwierane na poczcie i cenzurowane mimo wszystko.
Moja edukacja tez nie przebiegala gladko. Wciaz dawano mi znac o tym ze ojciec moj to wrog ustroju, a ja musze poniesc tego konsekwencje. Dyrekcja II Liceum w Gdyni nie stwarzala mi zadnych przeszkod, wrecz przeciwnie, zostalem przyjety bez egzaminu. Ale np. gdy szkola wytypowala mnie na miedzynarodowy oboz w Polsce, wladze zwierzchnie nakazaly szkole zmiane kandydata. Szkola odpowiedziala odmownie i nie pojechal nikt. Niemozliwe bylo takze zapisanie sie do jakiegokolwiek klubu zeglarskiego. Ograniczano mi kontakt z ludzmi, a od morza i marynarki mialem trzymac sie z dala. Wyjatkowym momentem bylo zabronienie mi podjecia nauki w Wyzszej Szkole Morskiej w Gdynii. Nie pomogly bardzo dobre oceny ze szkoly sredniej, rozmowy z rektorem, a nawet poruszenie roznych, wydawaloby sie wplywowych znajomych jak np. owczesny v-ice Minister Zeglugii.
Ze wzgledu na taka wlasnie sytuacje musialem zdecydowac sie na inne studia: Politechnike Gdanska; Wydzial Elektroniczny. Ale "wladza" stwarzala mi trudnosci i probowala ingerowac w moje studenckie zycie takze i tam. Na szczescie moja Uczelnia z rektorem profesorem Kopeckim na czele starala sie utrzymac autonomie i nie poddawala sie naciskowi partyjnych zwierzchnikow. Aczkolwiek, gdy po kilku latach, juz jako inzynier elektronik, probowalem dostac stanowisko oficerskie elektryka na ktoryms z polskich statkow "Dalmoru" bylo to absolutnie niemozliwe ze wzgledu na "rodzinne powiazania". Rowniez odmowiono mi zatrudnienia w Wyzszej Szkole Morskiej, motywujac to tym, ze ze wzgledu na owe "rodzinne powiazania" nigdy nie dostane zgody na, chocby, opuszczenie basenu portowego na zadnej jednostce plywajacej. Tak jak juz wspomnialem, decyzja wszechwladnej wladzy, mialem trzymac sie z od marynarki z dala i bylo to nieodwracalne.
P. G.: Czy po tych trudnych wydarzeniach lat '50, mial Pan kiedykolwiek okazje na spotkanie z ojcem?
J. C.: O wyjazd z kraju i ewentualne spotkanie z ojcem staralismy sie od 1957 zarowno mama jak i ja.. Wciaz odmawiano nam paszportow. Na wyjazd nie bylo szansy. Az wreszcie po 20 latach tych staran, w 1974 podczas choroby gdynskiego szefa SB, jeden z pracownikow jego biura, znajac moja historie od wspolnego kolegi, calkiem bezinteresownie, pomogl mi uzyskac paszport. Mam z tym czlowiekiem kontakt do dzisiaj i jestesmy w przyjazni. Dzieki temu upragnionemu paszportowi moglem wyjechac do Malagi w Hiszpanii i tam wlasnie spotkalem sie z ojcem po raz pierwszy i ostatni jako ze dwa lata pozniej umarl.
P. G.: Co dzialo sie z kpt. Cwiklinskim przez te wszystkie lata od czasu jak opuscil poklad Batorego i ostatecznie znalazl sie w Maladze?
J. C.: Ojciec mowil mi ze zszedl z Batorego tylko z neseserem i 50 funtami w kieszeni. Nie chcial i nie mogl wzbudzac podejrzen. W Anglii pozostal okolo 6 miesiecy. Tamtejsza Polska Emigracja przyjela go z mieszanymi uczuciami. Wielu mialo zal do niego ze po wojnie wrocil do komunistycznej Polski, a tym samym wspieral sowiecka okupacje. A przeciez decyzja powrotu do kraju byla w duzej mierze oparta na pragnieniu polaczenia rodziny... W Polsce zyla moja siostra, której ojciec nie widzial od 1939 roku. Mozna powiedziec ze w pewnym sensie byla ona zakladnikiem komunistow.
(...) Nie mogac znalezc zrozumienia w emigracyjnym, polskim srodowisku w Anglli, a takze doswiadczajac problemow ze znalezieniem pracy, ojciec zdecydowal sie na wyjazd do USA.
Spotkal sie tam z bardzo dobrym przyjeciem. Poprzez naglosnienie wydarzen z Anglii, jego nazwisko bylo dobrze znane i stalo sie pewnego rodzaju symbolem walki z komunistycznym rzadem w Polsce. Amerykanscy biznesmenii polskiego pochodzenie zaproponowali ojcu wziecie udzialu w stworzenie emigracyjnego Towarzystwa Zeglugowego. Okolo roku 1954, zakupiono amerykanski statek transportowy typu "Liberty" i nazwano go WOLNA POLSKA. Byla to pierwsza jednostka Towarzystwa Zeglugowego. Myslano o zakupie kolejnych statkow i nadaniu im takich nazw jak WOLNE WEGRY, WOLNA EUROPA itd. Mialo to niezwykly w tamtych latach wydzwiek polityczny; opozycyjno - niepodleglosciowy do tego wszystkiego co dzialo sie w kraju i "zamkniecia" Polski na swiat (Zimna Wojna).
Ojciec zostal kapitanem WOLNEJ POLSKI i juz od samego poczatku rozpoczal bardzo udane rejsy handlowe po calym swiecie. Bylo to duzym sukcesem, bo w okresie tym panowal pewien zastoj i stagnacja ekonomiczna na swiecie. WOLNA POLSKA nie narzekala jednak na brak przewozowych kontraktow, a pojawianie sie w roznych portach statku o tak wymownej nazwie wzbudzalo zawsze zainteresowanie. Ojciec poznal w tym czasie wiele znanych osobistosci ktore udzielaly jemu poparcia w krzewieniu ideii walki o prawdziwie niepodlegla Polske. Przykladem takich postaci moze byc general Wladyslaw Anders mieszkajacy wowczas na emigracji w Londynie lub papiez Pawel VI, ktory w 1956 odznaczyl ojca Krzyzem Maltanskim.
Niestety, polityczna otoczka wokol Towarzystwa Zeglugowego, postaci ojca jako uchodzcy i samego statku WOLNA POLSKA zaczela nabierac, w pewnym momencie, bardzo manipulacyjnego i propagandowo niezdrowego charakteru. Ojciec zdecydowal ze nie sluzy to dobrze krajowi i nie chcial aby jego nazwisko wykorzystywano do politycznych rozgrywek. Dzialo sie to wszystko w momencie kiedy nastapila w Polsce "odwilz" i ster rzadow przejal Wladyslaw Gomolka. Miliony Polakow jak i czesc emigracji, w tym moj ojciec, uwierzyli w piekne deklaracje powrotu Polski do normalnosci. W zwiazku z powyzszym, na zebraniu akcjonariuszy Towarzystwa Zeglugowego w 1957, ojciec zakomunikowal, ze wycofuje sie ze wspolpracy. Towarzystwo Zeglugowe zostalo rozwiazane.
Decyzja o odejsciu z Towarzystwa Zeglugowego byla dla ojca nielatwa poniewaz praktycznie wiazala sie z utrata kontaktu z morzem, ktore tak kochal. Mial 56 lat i musial znalezc dla siebie nowe zajecie. Z Chicago, przeprowadzil sie do Nowego Jorku i kupil mieszkanie przy Central Parku. Wypelnilo sie ono morskimi i polskimi pamiatkami. Byla to prawdziwa oaza polskosci - wiem, ze na scianie w jego pokoju wisiala bialo-czerwona, polska bandera z orlem w koronie pochodzaca z WOLNEJ POLSKI. Na morze ojciec juz nigdy nie wrocil W okresie letnim zaczal pracowac w lodziarni, ktora kupil w New Jersey, a w miesiacach zimowych wracal do Nowego Jorku.
Jego nadzieja na znormalizowanie sytuacji w Polsce po tym jak Gomulka przejal wladze stala sie naiwna mrzonka. Spowodowalo to, ze juz do samej smierci byl krancowo nieufny do wladzy komunistycznej. Wiele razy kiedy po kolejnych staraniach o paszport rozmawialem z urzednikami SB slyszalem slowa "Chcialby pan zobaczyc sie z tatusiem? Tak? To niech tatus przyjedzie do Polski. Nie zrobimy mu krzywdy". Z tej laskawej oferty oczywiscie nigdy nie skorzystal.
Gdy ojciec przeszedl na emeryture i reumatyczne problemy zaczely coraz bardziej dawac o sobie znac, zaczal wyjezdzac kazdego roku do slonecznej Hiszpanii, gdzie w Maladze mial mieszkanie. Mogl sie on tam zawsze troche podkurowac. I wlasnie w Maladze, gdzie ojciec przyjechal na wakacje mialem jedyna szanse aby spotkac sie z nim.
Dwa lata pozniej, w Maladze, ojciec umarl majac 75 lat. Hiszpanski lekarz opiekujacy sie nim byl zaskoczony ze w ostatnich godzinach zycia jego pacjent wciaz mowil z uporem o jakims statku o nazwie BATORY...
P. G.: Panie Januszu, wyrazajac zal ze cala pana rodzina, a zwlaszcza kpt. Cwiklinski musial przejsc w zyciu przez tyle trudnych sytuacji i zawodow dziekuje serdzecznie za podzielenie sie tymi bardzo osobistymi wspomnieniami.
J. C.: Dziekuje takze i ja za rozmowe. To milo zagoscic na twojej stronie internetowej o polskich transatlantykach.
Toronto, Kanada pazdziernik 2004
INFORMACJE Z MAGAZYNU 'TIME'
W kilka tygodni po rozmowie z synem kapitana Cwiklinskiego, Januszem, wpadly mi w rece archiwalne notatki prasowe z amerykanskiego tygodnika TIME; jedna z 1953r opisujaca zejscie kapitana Cwiklinskiego z pokladu Batorego w Anglii i druga z 1955r. nawiazujaca do wydanej w tamtym czasie wspomnianej ksiazki autobiograficznej "The Captain Leaves his ship". Bardzo charakterystyczne jest cytowane tam stwierdzenie kapitana jak to w okresie lat '50 coraz czesciej byl traktowany jedynie jako "kierowca-nawigator", a nie dwodca Batorego. Wszystkie inne decyzje np. odnosnie kontaktow z pasazerami, dyscypliny ideologicznej wsrod zalogi lub tego jak statek-zaloga prezentowac sie ma w poszczegolnych portach podejmowane byly przez szara eminencje, oficera politycznego Piotra Szemiela. Poczucie niepewnosci i osaczenia wciaz narastalo, a w duze klopoty z komunistyczna wladza mozna bylo popasc chocby za... zbyt przyjacielskie kontakty z Brytyjskimi lub Amerykanskimi pasazerami na pokladzie. Niewiarygodne, a jednak prawdziwe.
Ponizej zamieszczam oryginaly tych dwoch notatek prasowych...
1.TIME Magazine: Foreign News Jul. 6, 1953 'Asylum Granted'
Towards the end of May, the 16,000-ton Polish luxury liner Batory moved into drydock at Hebburn-on-Tyne. That night the British harbor pilot, Harry Leslie, had dinner with cheery, gold-toothed Captain Jan Cwiklinski in his two-room suite below the bridge. But when Leslie went back on board two weeks later, the captain was missing. "The officers gave me to understand he was sick on shore," he said, "but . . . there was a studied avoidance of any mention of him."
Word spread through Tyneside's grimy dockland that CwiklinskiCaptain Jan, some called him had gone ashore to see a movie, The Cruel Sea, and then got in touch with the local Polish colony. The ship's medical officer was gone, too. Last week Britain's Home Secretary confirmed the news: the ship's doctor and Captain Jan, holder of the Gold Cross of Merit for "outstanding service" to the Polish Communist regime, had separately asked for political asylum in Britain, and it had been granted.
Captain Jan was grilled by British intelligence; he agreed to broadcast behind the Iron Curtain on the BBC's Polish program; then he called a press conference. He told of the famous trip from New York in 1949, when Communist Gerhart Eisler was stowed aboard and delivered to Poland; discussed how he and all aboard were under constant order of a political officer named Peter Szemiel, so that his own duty was "strictly navigationalI was only the driver." He said that 500 officers and men had recently been purged from the Polish merchant navy. He himself had never joined the Communist Party: "I told them I was too old an apple tree to grow pears."
"Wasn't there some dramatic incident," asked a reporter, "when you fled your ship?" "Left not fled," said Captain Jan. "I just walked off with mywhat do you call itgrip, valise."
Why had he left his ship, when his wife, 17-year-old daughter and nine-year-old son were still in Poland? He was warned, he said, that he would be arrested for his friendly contacts with British and American passengers. "That is the only charge they need."
2.TIME Magazine: Books Jan. 24, 1955 'Billiards on the High Seas'
THE CAPTAIN LEAVES HIS SHIP (313 pp.) Jan Cwiklinski, as told to Hawthorne DanielDoubleday ($4).
History can sneak up on a man when his back is turned. Captain Cwiklinski, master of the Polish passenger liner Batory, was not looking one May day in Manhattan six years ago, when a baldish little man with glasses came aboard on a 25¢ visitor's ticket and sailed as a stowaway. Unlike most stowaways, he soon dug first-class passage money from his pocket. He also owned up to the name of Gerhart Eisler. For unwittingly aiding in the escape of a key Communist agent, badly wanted in the U.S., Captain Cwiklinski got involved in a nasty, three-cushion carom on the international billiard table.
The captain neither agreed nor resisted when Scotland Yard men took Eisler off the Batory at Southampton. For this, when he docked at Gdynia, Cwiklinski sat through a palm-sweating grilling with his bosses and the dreaded U.B. (for Urzad Bezpieczenstwa), Poland's secret police.* On the return trip to New York, the Batory's crew and passengers were in turn grilled by U.S. Government agents, and the eventual loss of pier privileges forced the Poles to give up the transatlantic run. No Communist or proCommunist, Cwiklinski tried to coexist with the Polish satellite regime for the sake of his wife and two children. He gradually became a figurehead on his own ship, with all disciplinary matters handled by secret-police men. In 1953, tipped off by a friend that he was slated for a phony spy trial, the captain jumped ship in England and began writing his experiences. His autobiography is a story without surprises, but still a sobering account of the Communist tyranny as only those who have lived under it can know it.
* Two weeks later Eisler was released and made his way to East Germany, where he was propaganda boss until he lost favor in 1952. He now heads an East German version of the Gallup poll.






